| 2010.04.05 | Wylot z Warszawy
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.06 | Delhi i Kathmandu Besi Sahar (823 m n.p.m.)
Lot ze Stambułu do Delhi - we dwójkę siedzieliśmy w czteromiejscowym rzędzie i dało się położyć. Trochę nawet pospaliśmy. Pomimo tego, że bagaże były nadane bezpośrednio do Kathmandu, nie dałem temu wiary i poszliśmy tam gdzie się je odbiera - były. Zbyszek się wkurzył, bo obawiał się kontroli celnej. Pewno oczami duszy już widział jak zabierają mu kabanosiki i mielonki. Przy bagażach w łokieć udziabał mnie maluśki komar (malaryczny?). To co na lotnisku w Delhi rzuciło mi się w oczy to nadreprezentacja ludzi w pracy. W kiblu 2-3 sprzatających gostków jest na wciąż i cały czas wykonują ruchy sprzątajace - nie wiem czy wszystkie z nich są potrzebne. Przy automacie do sprzedaży butelkowanych napojów młody chłopak, który pomaga (prawie każdemu) gdy automat się zacina. Gdy wychodziliśmy z klimatyzowanej hali przylotów uderzyła nas fala lepkiego ciepła i gęsta ludzka ciżba, po czym prawie natychmiast natknęliśmy się na patrole wojskowych z karabinami, gniazdo karabinu maszynowego przed halą odlotów i gazik z zamontowanym kulomiotem usytuowany tak, by w razie czego razić podjeżdżające samochody. Wylot do Kathmandu przyniósł nam wszystkim ulgę. Przylot do Kathmandu, wykupujemy wizy, każda po 40 USD, a urzędasy absolutnie się nie spieszą. My przyuczeni przez socjalizm do walki kolejkowej jesteśmy w pierwszej dziesiątce i udaje się opuścić lotnisko po około 30 minutach. Ci ostatni to chyba wyjdą po 2-3 godzinach. Zostajemy przejęci przez łącznika z agencji, lecz ten niestety nie chroni nas od mafii lotniskowej: za popchanie 2 wózków na odcinku 50 metrów i wrzucenie worów na bagażnik dachowy wyrywają nam 5 EUR. I już od razu Kathmandu nam się nie podoba. Ludzi niesamowite tłumy i brud. Rada: brać ze sobą drobne eurosy lub dolary, i mieć je zawsze pod ręką!
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.07 | Z Besi Sahar (823 m n.p.m.) do Tal (1700 m n.p.m.)
Nasz tragarz zakłada dobie na głowę 40 kg bagaż złożony z dwóch worów. Nie stosuje plecaka z wyrafinowanym systemem ochrony pleców, lecz sznurek z szeroką taśmą na czoło. Wieczorem we wsi odbywają się występy artystyczne tutejszej szkoły. Idziemy i ogladamy z dużym zainteresowaniem.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.08 | Z Tal (1700 m n.p.m.) do Chame (czyt. ciame) (2713 m n.p.m.)
Początkowo (zanim jeszcze zdecydowaliśmy się na agencję) mieliśmy nieść wszystko sami, ale wyszło na to, że teraz porterzy niosą naszych 40 kilogramów. Poza tym Zbyszek niesie 20, Danusia 18, a ja i Sylwia po 10. Dla mojej protezki to teoretycznie sporo za dużo.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.09 | Z Chame (czyt. ciame) (2713 m n.p.m.) do Pisang (3200 m n.p.m.)
około 1536 docieramy do Lower Pisang (3200 m n.p.m.) - i o dziwo po rannych niezbyt przyjemnych symptomach czuję się znakomicie! Widać ich przyczyną była głowa, a nie fizjologia. Do hotelików zaczynamy się przyzwyczajać. Dzisiejszy jest trzypiętrowy, na każdym piętrze ma kilkanaście pokoi i zaledwie dwa kiblo-prysznice.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.10 | Z Pisang (3200 m n.p.m.) do Manang (3540 m n.p.m.)
Dziś idziemy do Manang - stolicy prowincji - jest tam ponoć nawet szpital. Zobaczymy jak wygląda miasteczko bez samochodów. Aha, wczoraj po raz pierwszy w górach widziałem w zakładzie (obejściu) robiącym krzesła elektryczną heblarkę. Krzesła wyjątkowo grubo ciosane.
Zdrowotnie czuję się doskonale, a przecież zapaść można na wiele rzeczy: bolesne obcierki, kontuzje z przeciążenia, ból gardła, sraczkę i chorobę wysokościową. Co do tej ostatniej to wczoraj na wszelki wypadek wzięliśmy dwa diuramidy. Kraj chodzony i kraj pyłu. Jest bardzo sucho i nasze, czy też ośle stąpanie, podnosi kurz. Od czasu do czasu podrywa go też wiatr. W niższych rejonach tak z 10% ludzi nosi maski zakrywające usta i nos - widać z pyłem jest jakiś problem.
Ming Ma to nasz przewodnik, jego angielski to góra 200-300 słów, natomiast struś pędziwiatr ogranicza się góra do 20-30, ale za to szeroko się śmieje. W hotelu, w którym się zatrzymaliśmy pracuje przesympatyczny chłopak - Arun, który na dodatek mówi bardzo dobrze po angielsku. Robię sobie z nim fotkę "Konkurs na uśmiech". Wygrywa. Do Manang idziemy drogą górną. Trzeba się wspiąć (wejść wygodną drogą) na 3700 m n.p.m. i potem łagodnie zejść. Choć droga jest dłuższa wybieramy tę drogę, bo ponoć jest o wiele bardziej interesująca. Ścieżka wije się do góry przez jasno zielony sosnowy las. Lower Pisang, które jeszcze wczoraj wydawało się najwyżej położoną na świecie osadą zostaje daleko w dole. W pewnym momencie docieramy do malowniczej osady położonej na rozległym plateau. To Ngawal na wysokości 3660m n.p.m. Miasteczko strasznie mi się podoba - jasne i w miarę czyste zaułeczki, modlitewniki i mała, rodzinno-buddyjska knajpeczka, w której zatrzymujemy się na herbatę. Na ścianach duża fota taty i mamy oraz dwójki ich dzieci, ponadto wiele fotografii Dalaj Lamy. A w szafie pudełko po odtwarzaczu DVD i ładująca się komórka.
Do Manang (3540m n.p.m) dochodzimy w okolicach szesnastej mocno powłócząc nogami. Niskie, lecz oślepiające słońce, silny wiatr, sucho, kurz i wielkie rozczarowanie. Hotel raczej paskudny: ściany i schody przekrzywe, a wielkie szpary przy futrynie jacyś nasi poprzednicy zaizolowali wpychając w nie stare gazety. Zrobiłem z Danusią spacer po miasteczku. Jest parę dość dobrze zaopatrzonych sklepów. Są nawet dwa mini kina. Zaułki wąskie i obsrane, prowadzące do obskurnych miejsc. Jest też pole do gry w siatkówkę. Chłopaki grają „piłką” zrobioną z posklejanych przylepcem torebek foliowych. Według Danusi to z biedy, według mnie to dlatego, że normalna piłka szybko by im uciekła w pobliską kilkunastometrową przepaść i zamiast gry były by długie wyprawy po piłkę. Wieczorem przy obiedzie dowiedzieliśmy się o katastrofie lotniczej, w której zginął nasz prezydent i 80 osób z jego otoczenia. Mocno nas to przygnębiło, bo zdajemy sobie sprawę, że śmierć tak wielu osób z jednej strony sceny politycznej znacznie osłabia i tak chwiejną równowagę. [*]Pewno POwcy, wyznawcy tvn'ów i zauroczeni tokefem'ami w głębi duszy cieszą się z tego. Co się stało? Kto to zrobił? Spisek czy wypadek? Korzyść to bowiem wielka dla obu naszych mocnych sąsiadów no i ITM'ów.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.11 | Z Manang (3540 m n.p.m.) rejon Tilicho (4100 m n.p.m.) do Manang (3540 m n.p.m.)
Tuż zaraz po opuszczeniu Manang, ktoś na moje "hello" odpowiedział "zdrastie". Zagaiłem, a po chwili wymiana zdawkowych zdań przemieniła się w wciągającą, żywą i bardzo ciekawą dyskusję. Rozmawialiśmy bez przerwy przeszło 3 godziny cały czas idąc pod górę (na wysokości około 4000 m n.p.m.). Zaangażowałem się w tę dyskusję tak, że nawet zapomniałem o wszelkich problemach z wysokością - tak jakby zostały w Manang. Aleksandr szybko pojął fizykę życia, zadawał pytania i dyskutował konkretne problemy. Gadaliśmy tak zapamiętale, że nie widziałem świata dookoła. Zbyszek, Danusia i Sylwia gotowali, podawali mi, a ja jadłem gadałem, gadałem, gadałem... Po raz pierwszy od wielu wielu lat "wpadłem w rezonans" z rozmówcą.
Wracając coś nam się poplątało i zgubiliśmy ścieżkę. Przyszło wracać na tak zwany azymut, i tu trzeba przyznać, że nasz przewodnik wykazał się wielkim wyczuciem gór. Sprowadził nas bez większych problemów.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.12 | Z Manang (3540 m n.p.m.) do Thorung Phedi (4450 m n.p.m.)
Thorung Phedi - miasteczko lub raczej baza dla trekkerów. Dwie restauracje i jedna cieniutka strużka wody na cały ten kompleks. Łapią ją w baniaki po 15 litrów. Jesteśmy w tak dobrej formie, że w celach aklimatyzacyjnych postanawiamy jeszcze podejść przez godzinę. Późnym popołudniem bijemy nasze dotychczasowe, Mont Blanczne rekordy wysokości - udało się wejść na 4900 m n.p.m. Wieczorem jemy bardzo dobrą zupę pomidorową i umawiamy się na wyjście jutro o 400 rano.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.13 | Z Thorung Phedi (4450 m n.p.m.) przez Thorung La ( 5416 m n.p.m.) do Muktinath ( 3760 m n.p.m.)
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.14 | Z Muktinath ( 3760 m n.p.m.) do Jomsom ( 2720 m n.p.m.)
Wieczorem obchodzimy moje urodziny. Dwa dni wcześniej, dlatego by obejść je jeszcze z naszą annapurniańską ekipą. Dostałem wspaniały prezent: dwie czekoladki - survival kit. Właścicielka hotelu, choć z bólem widocznym w jej oczach, pozwala na spożycie piwa kupionego w sklepie, a nie u niej.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.15 | Z Jomsom ( 2720 m n.p.m.) przez Marpha ( 2670 m n.p.m.) do Yak Kharka ( 3680 m n.p.m.)
(A w zasadzie oni wypowiadają to jako Dziomsiom). Ranek zaczynamy od dokładnej toalety i oficjalnego pożegnania z naszą pierwszą ekipą. Trzeba im dać napiwki. Jeśli nie robi się tego często to wcale nie jest to takie łatwe. "Ile dać?" i "Jak dać?" to są dopiero pytania. Ponoć w Nepalu reguły są proste: potrer zarabia 10 USD dziennie, a guide 17, napiwek zaś nie powinien być niższy niż 10%. Coś tam policzyliśmy no i kwoty nam wyszły. A teraz jak dać? Idywidualnie czy wszystkim na raz, ale jak na raz to jak zrobić by nie zobaczyli kto ile dostał. Po chwili wpadliśmy na oczywiste rozwiązanie damy w kopertach. A ponieważ ich nie mamy to szybko robimy ruloniki. Zapraszamy całą trójkę, bardzo im dziękujemy i wygłaszamy króciutkie przemówienia. Nie był bym sobą gdybym nie doradził: Pamiętajcie dzieci uczyć matematyki, języków obcych i sportu, a ty (oczywiście jest to uprzejme angielskie "you", a nie "ty") Ming Ma więcej się uśmiechaj. Wszyscy jesteśmy zadowoleni. Czuję się wspaniale ale uważam, że tu powinniśmy zrobić dzień odpoczynku. Niestety prujemy dalej, jeszcze dzis mamy być na wysokości 3600 lub 3900 m n.p.m. Do Marphy dojeżdżamy autobusem, który podjechał pod sam hotel, nasze wory wrzucono na bagażnik dachowy i dalej w pylną drogę.
Karmią nas dal batem i pokrojonymi warzywami. Obawiamy się ameby ale ponieważ są dobrze obrane to je zjadamy żądni witamin. Na dese dostajemy jabłko. Krzątają się ostro, jak na razie nie ma więc czasu na uśmiechy i wzajemne uprzejmości.
Ruszamy karawaną, podejście jest od razu bardzo strome, a nawet malowniczo bardzo strome. Poznajemy naszą ekipę: przewodników - Sierre i Nima (Słoneczko), kucharza Bibi'ego i głównego bossa - Gelu. Do góry posuwamy się dość szybko. O szesnastej z groszem docieramy do Jakh Kharka, co po nepalsku znaczy jacze pastwisko. przewodnicy rozstawiają dla nas namioty. Betkiery lądują w czerwonym, a my w żółtym. Potem staje duży niebieski hangar, najpierw będzie naszą stołówką potem ich sypialnią. Zapraszają na tea time. Dwa czajniki, jeden z wrzątkiem drugi z mlekiem, pudełko herbaty, słoik kawy i puszka super czekolady, a do tego parę kruchych ciastek. Jesteśmy potwornie głodni, łapczywie pijemy i w mgnieniu oka pochłaniamy ciastka, po czym następuje długa, chyba godzinna, przerwa. Pierwsze danie to zupa pomidorowa z czymś w rodzaju macy. Pierwsze drugie danie to makaron z sosem pomidorowym i sąłatka z kalafiora. Drugie drugie to pizza! Ciekawe jak ją zrobili w tych warunkach? Jesteśmy obżarci do granic niemożliwości, a tu jeszcze deser w postaci gotowanych gruszek z puszki. Żyć nie umierać!
Idziemy spać.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.16 | Z Yak Kharka ( 3680 m n.p.m.) do Kibel ( 4876 m n.p.m.)
Spałem świetnie, od 2000 do 500. Śpiwory na zewnątrz są cąłe mokre. O 530 wychodzę na spacer. Choć jest poniżej zera wolę pochodzić niż leżeć. Gdy wychodziłem z namiotu gapiło się na nas całe stado jaków. Niebo bezchmurne.
Przy okazji stwierdzam, że buty mam wilgotne i dociera do mnie myśl pełna obaw, że jutro czeka nas marsz po śniegu. O zabraniu pasty do butów oczywiście nie pomyślałem.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.17 | Z Kibel ( 4876 m n.p.m.) do Elevation Camp ( 5100 m n.p.m.)
Dziś idziemy krótko: "Cały czas po płaskim i tak ze dwie trzy godziny" twierdzi Gelu. Po płaskim, dwie trzy godziny toż to spacer. Zupełnie nie myślimy by wziąć coś do picia. Wkrótce okazuje się, że to był błąd. Po nepalsku "po płaskim" znaczy 400 metrów do góry i 300 w dół. Idziemy w pełnym słońcu po mokrym śniegu, który od czasu do czasu zaczyna płatać niemiłe i wyczerpujące nasze siły psikusy. Co pewien czas załamuje się bowiem pod ciężarem idącego, w najlepszym przypadku wpada się do półuda, gorzej jak po pas. Głównie zapadają się nasi objuczeni tragarze, ale i nam się to zdarza.
Po chwili namioty już stoją, natomiast zauważam u siebie dziwne objawy: a to robię coś nieracjonalnie - chcę wejśc do namiotu, lecz nie wiadomo dlaczego do niego nie wchodzę, pobolewa mnie głowa i od czasu do czasu mam nudności. Choroba wysokościowa. Okazuje się, że Danusię i Zbyszka też to dopadło. Bierzemy proszki, bardzo dużo pijemy. Jutro mamy uderzyć na sześciotysięczny Dhampus Peak, cel główny naszej wyprawy. Wieczorem wiatr się wzmaga, nasz hangar nadyma się jak balon jakby chciał odlecieć. Gelu mówi, że będzie trudno, że pojutrze wracamy do Marpha. Żegnamy się z nim, umawiając się jednak na czwartą rano na wyjście. Zasypiamy słysząc jak na zewnątrz wietrzysko jeszcze bardziej się wzmaga.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.18 | Z Elevation Camp ( 5100 m n.p.m.) na Dhampus Peak (6035 m n.p.m.) do Elevation Camp ( 5100 m n.p.m.)
Jest jeszcze ciemno ale wiatru nie ma i niebo czyste. Czujemy się znakomicie, po wczorajszych objawach ani śladu. Realizujemy nasz plan - uderzamy na Dhampus Peak. Po godzinie Gelu zaczyna marudzić, że pod szczytem będzie trudny skalny próg i że prawdopodobnie trzeba będzie zawrócić. To dlaczego nie wchodzimy drogą klasyczną? Bo tam jest szczelina nie do pokonania - twierdzi. Cholera by go wzięła, kręci już od dwóch dni. Wiatru nie ma, po woli wstaje słońce. Idziemy wolno, ale równo i bez przystanków. Sylwia choć mocno zostaje w tyle też konsekwentnie porusza się do góry. Podchodzimy pod próg. Very dangerous... musimy zawrócić. 5800 to i tak mój rekord życiowy, a poza tym jak tu zawrócimy to nie będziemy płacić po 175 US$ od łebka za pozwolenie na wejście. Dochodzi Zbyszek, gdy dowiaduje się, że Gelu proponuje wrócić podchodzi pod próg odkłada kijki, zdejmuje plecak i zaczyna się po woli wspinać. Wariat myślę, ale on bardzo wolno po taternicku pokonuje próg. Gelu wyjmuje linę, każe się asekurować i dochodzi do niego. "Jestem przewodnikiem i to ja powinienem prowadzić" mówi, "Jeślibyś poprowadził to ja chęnie bym za tobą poszedł" odpowiada Zbyszek. Asekurowani od góry dochodzimy do nich. Danusia z plecakiem Zbyszka, a ja z kijkami.
Docieramy do bazy, zaczyna wiać. Po obiedzie dołącza śnieżyca i Gelu ze swoją mantrą, że dalej nie idziemy, bo jutro wracamy do Marpha. Przypominamy mu harmonogramie z agencji, a on z kolei ripostuje, że jeden z kuchcików ma chorobę wysokościową. Odnoszę wrażenie, że to raczej Gelu ma do czynienia z buntem załogi. Śnieg zasypuje przedsionki, a my ubrani w pstrokate czapki z wełny jaka, rękawiczki, kamizelki puchowe i zanurzeni w ciepłe śpiwory po woli zasypiamy, godząc się w podświadomości z tym, że trzeba będzie wrócić. Jest sukces, to może "wycof" nie będzie taki przykry.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.19 | Z Elevation Camp ( 5100 m n.p.m.) do Hidden Valley (5180 m n.p.m.)
Ze względu na trudne warunki śniegowe zakładamy obóz w Hidden Valley pod French Pass. Wyruszymy jutro z samego rana, śnieg będzie twardy i jest nadzieja, że nie będzie się załamywał. Wysokość 5150 m n.p.m., nieopodal obozu rwący potok. To nasza czwarta noc spędzona powyżej 5000 metrów.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.20 | Z Hidden Valley (5180 m n.p.m.) przez French Pass (5360 m n.p.m.) przez Dhaulagiri BC (4740 m n.p.m.) do French BC (3870 m n.p.m.)
Wokół mgły, widać fragmenty drogi zejściowej i żadnej góry. Trudno trzeba iść w dół, może się pogoda poprawi. I stopniowo tak się dzieje. Po około dwóch godzinach widzimy wszystko w pełnym słońcu. Ten dzień będzie dniem najpiękniejszych widoków, przyjemnych wrażeń i niecodziennych emocji. Wszystko zacznie się od wspaniałej długiej rampy podciętej z lewej strony, potem będą lodowce, Daulaghiri, Daulaghiri Base Camp, grzybki, potokoprysznic... ale to jeszcze za chwilę.
Dojść mieliśmy do Italian Base Camp ale jest tak późno, że decydujemy się na nocleg o wiele wcześniej, przy potoku, który spada z tak pionowej i tak wysokiej ściany, że na dół woda nie dolatuje nawet w postaci kropel lecz mglistego dżdżu. Rozstawiamy się obok namiotu dwóch, an oko trzydziestoletnich Austriaków, których wspomaga trzynasto osobowa karawana. Jak nisko upadli europejscy sahibowie. Taki Livingstone to by się załamał widząc tych dwóch europejskich gamoni, którymi w dobie śmigłowców musi opiekować się taka wielka grupa. A przecież to tylko turyści. Okazuje się, że kilka minut od tego miejsca jest "sklep" (zadymiona kurna chata), w którym można kupić wino ryżowe. Idę do niego z Gelu i po chwili wracamy z czajnikiem wina. Czajnik niesie on, bo ścieżka jest wyjątkowo wąska i trawersuje wyjątkowo strome trawiaste zbocze. Wino całkiem nam smakuje, ale gdy kupiliśmey je następnego dnia stwierdziliśmy, że to jednak nie jest to co stare lisy lubią najbardziej. To był najpiękniejszy dzień całej naszej wyprawy, a i sympatyczna rozmowa z Irańczykami zostaje mi na długo w pamięci. Dziś rano byliśmy na zimowej przełęczy, juto w południe mamy dojść do tropikalnej dżungli pełnej bambusów i rododendronów.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.21 | Z French BC (3870 m n.p.m.) przez Italian BC (3660 m n.p.m.) do Dobang (2520 m n.p.m.)
Noc superwilgotna. Wstajemy o 600, wyjście zaplanowane jest na 800, mamy więc sporo czasu dla siebie. Danusia myje głowę, a ja się golę - świetne są te golarki bateryjne! Moja po jednym załadowaniu goli aż siedem razy. Nasze nepalskie wsparcie też wstało wcześniej i są gotowi do wyjścia już o 730, wychodzimy jednak zgodnie z planem: o 800. Kręta i początkowo bardzo wąska (na szerokość stopy) ścieżka zamienia się w łańcuszek stóp na coraz bardziej stromym stoku, a podłoże z trawiastego w szutrowe. Zaczynamy sobie zdawać sprawę, że jedno poślizgniecie może skończyć się fatalnym w skutkach 100 metrowym ześlizgnięciem. Czymś takim co dziennikarze ujmują "runął w przepaść". Przerażające. Dobrze, że mamy kijki.
Chwila odpoczynku i ruszamy dalej. Już po 500 metrach wchodzimy w dla nas egzotyczną dżunglę. Bambusy, rododendrony i niespotykane u nas drzewa iglaste, na dodatek żadnych dokuczających owadów - cudo! Jenak po dwóch godzinach zaczynamy mieć tego dość. O 1200 zatrzymujemy się na hot lunch obok kurnej chaty, w której rozłożyła się nasza ekipa.
Przy ognisku, na którym pieczemy dla wszystkich nasze kabanosy leżą szczypce zrobione z kawałka bambusa - super proste, super zmyślne. Czekamy tak w kucki jeszcze kilkanaście minut, a gdy deszcz ustaje wyruszamy. Dalej przez 5 godzin przedzieramy się wąską, śliską i dość monotonną ścieżką w zarośniętej dżungli, by w końcy o 1800 dojść do Dobang. Tu spotykamy dużą grupę Francuzów, od których dowiadujemy się o wybuchu wulkanu na Islandii i spowodowanym przez to paraliżu lotów w Europie. Cholera, człowiek wyjechał na dwa tygodnie, a już tyle się narobiło. Na razie nie zastanawiamy się jak wrócimy do domu. Dobang to takie dość spore pole namiotowe położone w dżungli. Biega po nim mała 4-5 lat dziewczynka z długimi poplątanymi kudłami. W pewnym momencie zauważam, że matka ją iska.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.22 | Z Dobang (2520 m n.p.m. do Boghara (2080 m n.p.m.)
Mieliśmy wyjść o 730 ale wyruszyliśmy godzinę później. Tym razem nie wynikało to z naszej opieszałości, lecz było spowodowane tym, że nasi Nepalczycy... zaspali. Pewno wieczorem nażłopali się za dużo lokalnego wina.
Zbyszek w swoich wypasionych butach stanął dokładnie na tym samym kamieniu co jakieś dziecko przed nim i się poślizgnął. Był pełen podziwu jak oni to robią, że ich klapki za 5 zł nie ślizgają się, a jego buty za 600 zł odrywają się od podłoża. Danusia uważa, że to zależy od techniki stawiania nogi - od razu całym sródstopiem. No cóż nikt ich nie wozi w wózeczkach, a po górach latają od małego. Uczą się chodzić od razu po stromym. O 1100 przepiękna leśna polanka z bawołami i przezielonymi paprociami rosnacymi w pełnym słońcu. Ale tu nie chcemy się zatrzymywać, za dużo bawolich placków i za wcześnie. Stajemy godzine później w... potoku. Rozbieramy się, myjemy, pierzemy koszulki, a Zbyszek siada nawet w jakimś zagłębieniu jak w wannie. Jak mówia Słowacy "Parada"! Na lunch dostajemy po 1,5 dużego warzywnego pieroga - jest pyszny. A ja robię tabelkę naszej ekipy:
Od tej pory pomimo upału idę w rękawiczkach, bo słońce mocno mi poparzyło grzbiety obu dłoni. Odświeżeni i wypoczęci ruszamy w dół, lecz po godzinie odbijamy mocno do góry. Gelu tłumaczy, że stara ścieżka biegła wzdłuż potoku ale była na tyle niebezpieczna, że postanowiono w pionowym skalnym zboczu wykuć nową. Poczatkowo jesteśmy wkurzeni i zmęczeni tym długim ostrym marszem do góry, jednak po godzinie stwierdzamy, że było warto. U maszych stóp rozpościera się zapierający dech w piersi widok - przecudna dolina uprawna ze swymi schodkowymi poletkami poprzetykanymi ślicznymi piętrowymi domkami. Czegoś takiego w górach jeszcze nie widziałem.
Mocno zmeczęni dochodzimy do campingu w Jogobani o zmierzchu. Jest tu rura z cieknącą strużką wody. Ten "prysznic", piwo i pepsi stawiaja nas na nogi. Kupujemy też dziewięć dodatkowych butelek i każdy kto dochodzi dostaje jedną na wzmocnienie sił. Widać, że sprawia im to radość, mieli na prawdę wyczerpujący dzień. Porterzy dochodzą godzinkę po nas i nasze namioty zostają rozstawione jako pierwsze. Kuchcikowie docierają mocno po zmroku. Jogobani (Dziugabani) to wioska nieskażona cywilizacją. Ładny domek z klepiskiem, oświetlany jest lampą lub mówiąc właściwiej świeczką naftową. Stara Nepalka sprzedaje piwo po 300 (12 zł) i pepsi po 100 (4 zł.) rupii nepalskich. Jemy wyjątkowo późno. Tym razem Bibi wyczarował ziemniaki puree. Walę się spać, choć Danusia zaprasza mnie byśmy poszli oglądać księżyc. Zasypiam pomimo hałasów kłótni dochodzących z zewnątrz. "Posprzeczali się o pieniądze z właścicielem pola" - pomyślałem - "choć dziwne, bo jesteśmy w Nepalu już 20 dni i nigdy nie widzieliśmy by się kłócili." Zasypiam. Temperatura na zewnątrz 25oC.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.23 | Z Boghara (2080 m n.p.m.) do Tshara (1250 m n.p.m.)
Rano śnił mi się horror: byłem w Paryżu... bez komputera :) Wstaję o 520, jest jakieś 14-15oC. Moskitiera otwarta, mieliśmy szczęście, że nie naleciało nam jakiegoś owadziego paskudztwa. Siadam sobie na kamieniu na skraju urwiska i piszę. W dole kotłuje się już to nie potok, a jeszcze nie rzeka. Spieniona, niebezpieczna woda bezustannie polerująca wielkie leżące na jej drodze pasiaste głazy.
Po kilkunastu minutach maluchy schodzą na pole poniżej i zaczynają bawić się w berka, a dwie trzyletnie dziewczynki tarzać się w górach zeschniętego gnoju, rozrzucając go przy okazji po całym obrzarze. Zauważam, że Szwajcar do tego celu ma specjalne maszyny, a po pracy leci do superczystego szpitala, by się zaszczepić, a tutejsi robią to wszystko za darmo. Wybuchamy śmiechem. Wieczorem Bibi wyczarował na patelni tort z polewą czekoladową. Rozmawiamy, zajadając się tym tortem i ostatnim, który nam pozostał torcikiem wedlowskim, popijając ciepłe piwo. Z tym piwem to było tak: Gelu wziął chłodzenie na siebie. "Wiem, że musi być chłodne, zajmę się tym i... po nepalsku wsadził piwa do miski z wodą pobraną ze strumienia. Woda oczywiście szybko się nagrzała do temperatury otoczenia, no i zamiast zimnego piliśmy ciepłe. Nasza wina, bo zamiast zaufać trzeba było samemu schłodzić je w potoku. Gdy rozlewałem pierwszą butelkę syknąłem do Zbyszka, który jeszcze nie miał pojęcia, że dostanie to czego najbardziej nie lubi - "Tylko nic nie mów!".
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.24 | Z Tshara (1250 m n.p.m.) do Darbang (1180 m n.p.m.)
Kupujemy cztery piwa i mała buteleczkę tutejszego ginu i idziemy zalec w potoku. Wkrótce nabieramy nieziemskich humorków. Na zboczu nieopodal koparka wydziera pionowym skałom kolejne centymetry nowej drogi, hałasując i kurząc przy tym niemiłosiernie. Pożegnalna kolacja to grilowany kurczak i zupa pomidorowa po polsku - ryżem, a na koniec tort. Rozdajemy napiwki, tym razem zapakowane w ruloniki przewiązane sznurkiem. Tak jest prościej i eleganciej.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.25 | Z Darbang (1180 m n.p.m.) przez Beni (830 m n.p.m.) do Pokhara (850 m n.p.m.)
Rano pobudka przed piątą, tak wcześnie, żeby się gdzieś w miarę niezauważonym załatwić. Coś sobie piszę, chłopaki już się krzątają. W pewnym momencie na plac wjeżdża rozklekotany autobusik i jedzie prosto na nasze namioty, gwałtownie zakręca i staje w tumanach kurzu. Wyskakuje Gelu i mówi "Budź swoich, jedziemy, zjemy po drodze.". Wyjeżdżamy po 20 minutach. Co pewien czas ktoś wsiada, ktoś wysiada. A to ojciec z dzieckiem, a to młoda nowocześnie ubrana para, a to starszy Nepalczyk z protezą prawej nogi. Po dwóch godzinach dojeżdżamy do Beni, brudno. Pijemy herbatę, a chłopaki przepakowuja bagaże z góry autobusu na górę wypasionego busika - klimatyzowanej toyoty. Kupuję sobie to o czym zawsze marzyłem - kapelusz (12 zł), niska cena i gadanie sprzedawcy powodują, że nie zauważam, iż jest trochę za duży.
Odświerzamy się i ruszamy w miasto. Od razu rzucamy się na stragan z owocami i kupujemy banany. Gdy je obieram Zbyszek mówi: "Nie obieraj dla siebie, sa paskudne." Co mi tam obieram, wcinam i... dzieje sie coś strasznego: kawałki tego pieprzonego banana, choć dobrze pogryzione stają mi poniżej przełyku. Ogromny ból i przerażenie, bo nie wiem co robić, parzy i zatyka mnie. Rzucam się do jakiegoś straganu i popijam wodą, pomaga za trzecim łykiem. Ulga, ale wrażenie bólu i niemocy pozostaje. Pieprzone banany! Łazimy po tutejszych Krupówkach i robimy zakupy. ceny jak na nasze warunki Śmieszane: ciepła czapka z wełny jaka 6-8 zł. T-shirt z kolorową wyszywanką 24-30 zł, kapelusz 12. Tanio ale ponieważ kupujemy sporo, to pęka jedne 400 zł, a potem i drugie. Nie nadażamy z lataniem do bankomatów.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.26 | Pokhara (850 m n.p.m.) dzień 2
Śpię słabo. Rano mam lecieć helikopterem na zwiedzanie Annapurny. Na lotnisku pilot daje mi jakiś kwit do wypełnienia po czym długo gada z hotelowym kierowcą. Okazuje się, że nie lecą, bo nie ma kompletu czterech osób. To po ki czort dał mi kwit do wypełniania?! Jestem pełen obaw czy zwrócą mi pieniądze. Zapłaciłem kartą. Najpierw mają zwrócić o 1000 potem o 1100, o 1200 wchodzę do tej agencji, gość będzie ponoć za godzinę. Rozsiadam się i mówię, że w takim razie poczekam. Gdy wchodzą jacyś klienci cały czas śledzę ich wzrokiem. Ten, z którym rozmawiałem zdaje sobie sprawę, że nie odpuszczę i gdzieś dzwoni. Po pięciu minutach pojawia się ten właściwy, który miał być za godzinę i mówi, że już jedzie do banku po pieniądze. Wraca po kolejnych 20 minutach i wypłaca mi gotówkę potrącając nie wiadomo z jakiej racji 3%. Dali ciała i oszwabili, nie chce mi się już więcej kłócić. Wychodzę w gruncie rzeczy i tak zadowolony.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.27 | Pokhara (850 m n.p.m.) dzień 3
Łazimy po mieście, kupujemy prezenty - głównie tutejsze bardzo ciepłe i bardzo kolorowe czapki, T-shirty i różne takie tam pierdóły. Wieczorem opuszczmy hotel i przenosimy się do sześciokrotnie tanszego Gauri Shankar Guest House tuż obok. Klima też nie działa, prąd też wyłączają, a jest zdecydowanie taniej. Generalnie można polecać.
Siedzimy sobie w hotelowym ogrodzie utopionym w zieleni i rozmawiamy z trzydziestoparoletnim dyrektorem na temat zapowiadanego przez maoistów na 1 maja strajku generalnego. Dużo się tu o tym mówi. "Komunizm jest niedobry. Komunizm prowadzi do tego, że nie ma co jeść" - mówię. Na to dyrektor, że on gdy był młody to też był maoistą, a teraz oczywiście jest temu przeciwny, ale cóż można zrobić gdy wąska grupa ludzi sprawuje władzę i rozdziela najlepsze posady (finansowane głównie z tego, że sprzedaje się wejścia na siedmio i ośmio tysięczniki). Znów ten sam problem: przy władzy sa ludzie bezproduktywni, którzy biorą forsę za nic. No i staje się logiczne, że tacy
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.28 | Z Pokhara (850 m n.p.m.) do Kathmandu ( m n.p.m.)
O 500 rano żegnamy się z Dziubasami. Udają się do Annapurna Base Camp - czyli jak to się tu mówi do ABC.
O 1900 w naszym superhotelu padł prąd. Potem włączono tylko jedną fazę, ale nie tę od klimatyzacji. Czyżby z powodu nieotwierających się okien czekała nas śmierć z niedotlenienia?
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.29 | Z Kathmandu ( m n.p.m.) do... Kathmandu ( m n.p.m.)
Spałem dość dobrze, ale ile można spać. Obudziłem się około 430. Przecykałem kanały telewizji. Aljazeera podała o rozruchach w Bangkoku, samobójczym ataku na posterunek policji w Peshawar'ze i kilku zabitych w strefie Gazy. Usnąłem by obudzić się za kilkadziesiąt minut. Z zewnątrz dobiegały krzyki i skandowania. Wyszedłem przed hotel by zobaczyć czy to przypadkiem nie demonstracja maoistów (komunistów). Okazało się jednak, że to na placu ćwiczyła szkółka karate. Zapach i zgiełk ulicy o 530 rano cofnęły mnie jednak do zacisza hotelu, wysokie ogrodzenie, salutujący ochroniarze i wielki ogród skutecznie (przynajmniej na razie) odgradza nas od ciżby, zgiełku i zapachów. 820 - jakieś krzyki z zewnątrz znów wyciągnęły mnie przed hotel. Naprzeciw głównego wejścia jest wielki gruntowy plac, a po lewej jego stronie budynek National school of science. Tuż przed nim kłębią się uczniowie i ktoś coś wrzeszczy. Komuchy kojarzą mi się jednoznacznie - to zło, ale tu w Nepalu mamy prawdopodobnie do czynienia z tym samym procesem co w carskiej Rosji sto (tak to już sto) lat temu. Komuniści to jedyna przeciwwaga dla pazerności rządzącej (trzymającej za gardło) kliki. Łapię się na tym, że komunistów postrzegam punktowo, a nie procesowo tak jak uczy Freeslow.
Nie odleciały dwa samoloty, obydwie grupy zgromadzone w tym samym pomieszczeniu zostały o tym poinformowane w dość ciekawy sposób: przyszedł ktoś z obsługi i coś powiedział kilku osobom, a potem te osoby przekazywały tę informację innym. Absolutnie nie wiedzieliśmy co mamy robić. W takich sytuacjach w grupach bardzo szybko pojawiają się liderzy, tak też było i tym razem: dwie Brytyjki o kulach, młody Sikh z dziewczyną i Hindus o wyglądzie inteligenta. Szybko wiedzą o co chodzi i próbują podejmować racjonalne decyzje. W trakcie oczekiwania dowiedziałem się od tego Sikha o czterech warstwach społecznych (warnach) społeczeństwa hinduskiego. Otóż podzielone jest ono na:
W końcu wylądowaliśmy w rzeczywiście wypasionym hotelu "Annapurna". Kolacja na zasadzie szwedzkiego stołu była OK. Przy stole nawiązaliśmy rozmowę z naszym starym znajomym Krzysiem - Szwedem, polskiego pochodzenia i tym inteligentnym Hindusem - inżynierem telekomunikacji. Potwierdzał to samo co mówił mój Sikh, przy czym tak samo jak i on nie mówił o warnach, lecz kastach. Ponoć jutro mamy odlecieć. A na śniadanie zapraszają od siódmej.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.04.30 | Z Kathmandu ( m n.p.m.) do Delhi
Budzę się rano i od razu lecę do recepcji dowiedzieć się kiedy lecimy. Nic nie wiadomo. Po godzinie lub dwóch idziemy razem z Krzysiem na śniadanie. Pełny odjazd, można zjeść co się chce i ile się chce. Robie błąd i zaczynam od słodkiego i bardzo gęstego jogurtu. Okazuje się, że jest jednak coś czego brakuje - herbata. Noszą ją kelnerzy i podają jak na lekarstwo.
Szukam i szukam tego znajomego, znać ponoć miał go każdy. Oczywiście nie zna go nikt. Dołączam się do grupy ludzi z poprzedniego samolotu i okazuje się, że jest też i parę osób z naszego. Rejestracja jest bardzo nerwowa, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kto. W końcu gdy już jesteśmy zarejestrowani tocząc boje własnymi siłami, znajduje się ten cholerny znajomy. Tak na oko w randze pucybuta i coś tam mantykuje. Pewno gdy polecimy przypisze sobie całą chwałę załatwienia naszego wylotu. Ponownie przechodzimy całą wczorajszą procedurę. Co i rusz, jakaś kontrola i jakieś sprawdzanie. jesteśmy już w tym pawilonie, z którego nas wczoraj cofnięto. Wsiadamy do autobusu, dobra nasza lecimy. Jednak przed schodkami do samolotu ponowna kontrola i to tak dokładna, że rozstawione są nawet parawaniki do kontroli osobistej. No nie, czegoś takiego nigdy nie widziałem.
Mija północ.
| ||||||||||||||||||||||||||||||
| 2010.05.01 | Z Delhi do domu
Biuro już otwarte, Krzysio leci do Sztokholmu i nie ma żadnych problemów ze zmianą rezerwacji. My natomiast załapujemy się na listę rezerwową. Cały czas mamy wrażenie, ze mają nas w głębokim poważaniu. Wokół noc, potworny upał i wojskowi z karabinami. W końcu przechodzimy do klimatyzowanej hali odlotów. Po dwóch godzinach stajemy w kolejce, by przy ladzie dowiedzieć się, że mamy się zgłosić jako ostatni. W pewnym momencie jakaś para, tak na oko z Węgier robi karczemną awanturę wrzeszcząc, że nie mają ochoty na spędzanie kolejnej nocy w Delhi. Gdy już w końcu jesteśmy na szarym końcu szef całej odprawy mówi nam, że nie możemy lecieć bo nie mamy rezerwacji z Istambułu. Proszę żeby mnie jednak wpuścił. Ok mówi, ale proszę podpisać, że nie będzie pan miał żadnych roszczeń do naszych linii lotniczych. Podpisuję i lecimy. Lądujemy w Istambule z opóźnieniem 40 minut, samolot długo kołuje na sam koniec terminalu, potem idziemy chyba z kilometr. Stopują nas na przejściu, nie mamy rezerwacji na następny lot więc musimy wykupić wizę. Cyrk z wózkami, bo są na tutejsze pieniądze, których nie mamy. W końcu docieramy do hali odlotów mając nadzieję, że załapiemy się na lot do Warszawy, ten, którym mieliśmy lecieć wczoraj. Lecz okazuje się, że takiego lotu dziś nie ma. Przebookowanie na jutro kosztuje około 100 euro i do tego trzeba przenocować za około 180. A więc to takie roszczenia miał na myśli ten w Delhi. Decyduję się na zakup nowych biletów za 500 euro przynajmniej jeszcze dziś będziemy w Warszawie. Gotówki mi nie wystarcza, płacę więc wizą. babka zwraca mi ją i mówi, że karta zwraca sygnał o braku środków płatniczych. Zrozpaczeni siadamy w najlepszym miejscu tuż przy kiblach (nota bene były o wiele czystsze niż te w Delhi, a nikt ich nie sprzątał). Liczę wydatki i wychodzi mi, że brak środków to błąd mego banku, który nie przeksięgował ich. Nie zrobili przeksięgowania pomimo tego, że tuż przed wyjazdem dzwoniłem do nich by się upewnić, że zostało zrobione i potwierdzili, że wszytko jest OK. A tu wyszło, że jak tego najbardziej potrzeba to OK nie jest! Co za pieprzony bank! Dzwonimy do nich i w końcu babka obiecuje zrobić stosowne przeksięgowanie. Kupujemy bilety i lecimy LOT'em do domu. Kiedyś naszymi liniami można się było chwalić, teraz mam wrażenie, że lecimy samolotem ubogiego krewnego... Lądujemy w Warszawie. Huraa, nareszcie jutro do pracy!
|