Fizyka Życia

Fizyka Życia - Wyprawa do USA

Rok 2013

Freedom Fest 2013

◁◁◁ W westernowym muzeum

Emigranci

Do Stanów miałem nie lecieć dopóty, dopóki będą wymagali wizy. No cóż przyszło mi złamać to postanowienie. Z wielkim bólem serca wypisałem wszystko co wiem o sobie, a i również to o czym dawno już nie pamiętam, i przekazałem do przepastnych archiwów rządu USA. Po zapłaceniu 500 zł i odczekaniu kilku dni młoda konsulka zaprosiła mnie na dwie minuty rozmowy. W podziemiach ambasady czekałem na nią jeszcze ponad godzinę. "Dlaczego do Las Vegas?" zapytała. Zawsze pytają dlaczego jedziesz tam gdzie podałeś we wniosku wizowym. "Wie Pani jadę na konferencję filozofów" - nie mówiłem, że dyskutować o zapaści ekonomicznej Stanów Zjednoczonych, bo a nóż by nie dała.

Dała. Jeszcze została tylko podróż na drugi koniec Warszawy po osobisty odbiór paszportu i niesmak po spotkaniu z przytłaczającą machiną biurokratyczną i mam paszport z promesą wizy na dziesięć lat… No cóż to było dwa tygodnie temu, a dziś jestem już w Londynie w drodze do Las Vegas.

Zwiedzamy Greenwich i keję przy której stoi Cutty Sark. Oczywiście, jak każdy, do fotki staję sobie okrakiem na zerowym południku. [Obecnie siatka WGS 84 jest jedyną obowiązującą siatką geograficzną na świecie. Na niej wzorowany jest system nawigacji satelitarnej GPS, czas UTC oraz wszystkie mapy. Południk zerowy nadal przechodzi przez park Greenwich, ale już nie przez historyczne obserwatorium astronomiczne. Jednak poprzedni południk zerowy jest nadal nakreślony na dziedzińcu obserwatorium, chociaż stracił swoje znaczenie pomiarowe. Swoją magią podziału globu na półkulę wschodnią i zachodnią przyciąga tysiące turystów zupełnie niezorientowanych, że obowiązujący południk zerowy znajduje się ponad 100 metrów dalej. Wikipedia 2013.07.20]

Dziś wałęsając się zbijamy czas, by jutro już tylko jednym skokiem flajtnąć do Vegas. Śpimy we trójkę u emigrantki Caroliny, walczącej o życie jako pracowniczka barów i fastfoodów. Kilka lat temu przyjechała tu na moment, by trochę zarobić. Tuż przed powrotem, znalazła mężczyznę swego życia w postaci sympatycznego, typowego ginger-Angola i została. Mieszkają w warunkach jakie kiedyś miałem okazję oglądać w komunistycznej Moskwie. Kilka rodzin w kilku pokojach, wspólne kibel i kuchnia. Zbliżają się do trzydziestki, warunki na prawdę trudne, jednak zarobki nie pozwalają na wyrwanie się z nich na dłużej. Chętnych do prostych prac jest bowiem zbyt wielu… Szkoda, zarówno on, jak i ona to sympatyczni ludzie. Śpię w warunkach, jak za dawnych - alpinistycznych czasów - ściśnięty jak sardynka ale za to na wygodnym, choć składanym, łóżku.

 

Przylot do Vegas

Ze względu na to, że samolot gonił słońce, z Gatwick wylecieliśmy o 900, a do Vegas przylecieliśmy o 1200.

Pierwsze wrażenie: skrzyżowanie wesołego miasteczka z biedronką (marketem dla mniej zamożnych). Potworny upał (46oC ale klimat jest bardzo suchy i dlatego idzie wytrzymać, choć miałem wrażenie że gorace powietrze ścisnęło mnie jak w imadle. Mamy lekki kłopot z wynajęciem samochodu - nasza wypożyczalnia, tak jak wszystkie inne, nie znajduje się w porcie lotniczym, lecz nieopodal, o czym jednak mało kto wie. W końcu ją znajdujemy i po kilkudzisięciu minutach formalności udaje się i mamy naszego dwunastoosobowego forda vana.

Do hotelu, choć jest zaledwie 8 km, przedzieramy się około godziny. Utykamy w korku na głównej ulicy. Do rejestracji mohutna kolejka, tak na godzinę czekania.

Na zewnątrz niemiłosierny upał, natomiast wszędzie wewnatrz pomiszczenia są klimatyzowane i panuje w nich swoisty odklimatyzacyjny zapaszek. Niektóre kasyna i restauracje rozpylają na zewnątrz mgłę wodną. Trzeba przyznać, że w tym upale przynosi to ulgę. Wszyscy zatem jak tylko się da, zamiast iść chodnikiem przedzierają się przez ciągnące się wzdłuż ulicy kasyna, bądź idą jak najbliżej rozpylanych mgiełek.

Jutro z samego rana jedziemy na czterodniową wycieczkę do parków narodowych, udajemy się zatem do marketu na zakupy. W kasie już przy pierwszym zakupie można i trzeba załatwić kartę rabatową - od razu jest kilkanaście procent taniej. Ponieważ będziemy jeździć po pustyni, kupujemy 20 jednogalonowych butli wody. Nawadniać się trzeba cały czas bez ograniczeń.

 

Do Gand Canyonu

 

Grand Canyon

Lot helikopterem, w parku, zejście w dół.

Łapie nas deszcz, początkowo słaby potem rzęsisty. Ale jesteśmy już niedaleko końca trasy i udaje się nam schronić w knajpie. A tu barman, powiedziałbym, że w dość nieprzyjemny sposób, odmawia sprzedaży piwa Mikołajowi. Ten nie ma paszportu, a dowód osobisty nie działa.

 

Monument Valley

Pierwsza styczność z indianami Navaho. Raczej nic z siebie nie dają, handlują biżuterią, jaką spokojnie mógłby produkować i prawdopodobnie to właśnie robią Chińczycy lub Koreańczycy.

Prohibicja

 

Bryce Canyon

Kanab to małe miasteczko, 3500 mieszkańców, kilka fastfoodów, kilka restauracji parę marketów, stacja benzynowa, 15 motelo-hoteli i darmowe "Little Hollywood Movie Museum". Darmowe bo wejście i wyjście do skansenu kowbojskiego miasteczka prowadzą przez sklep z westernowymi akcesoriami. Zatrzymujemy się tu na chwilę, a po wyjściu kierujemy się do Coral Pink Sand Dunes State Park. To taka niewielka prawdziwa pustynia (prawdziwa, bo z samego piachu) pośród zwykłej kamienisto-krzaczastejpustyni. Godzinę łazimy po, wbrew wszelkim sugestiom, nie różowym, lecz żółtym piachu, po czym wsiadamy do samochodu i kierujemy się do Bryce National Park.

Nieco przed tym parkiem mijamy dziwo natury Red Canyon, choć widok niecodzienny, to nie wysiadamy i fotki robimy z samochodu.

Bryce Canyon - czegoś takiego w życiu nie widziałem: biało-rdzawo-żółto wapienne skały wyrzeźbione w niesamowity sposób. Widok z góry zapiera dech, a spacer wsród skał przenosi w "krainę krasnoludków". Tego nie da sie opisać, zdjęcia też tego nie oddają - to trzeba po prostu zwiedzić na piechotę. Warto spędzić tu cały dzień, sporo jest turystycznych szlaków wijących się wśród przedziwnych kształtów i niecodziennie zestawionych kolorów.

Narzucanie swojej woli kosztuje, pozostawiam więc wybór miejsca noclegowego i plan działań na następny dzień pozostałym. Noc mamy spędzić w, cokolwiek to znaczy, jakimś Mesquite.

Hotel rezerwujemy przez booking.com. Wyjatkowo tani coś około 42 US$ za pokój dla czterech osób. Dojeżdżamy do Mesquite, hotel okazuje się być tuż obok autostrady. Jest bardzo upalnie, dlatego też pozostała trójka też decyduje się na pokój. Skoro jest tak tanio nie chcą spać w samochodzie. I cóż się okazuje, bez rezerwacji przez booking.com pokój jest jeszcze tańszy - 37 US$.

 

Miasto emerytów

SDR: jednym z działań pobocznych jest dopieszczanie szczegółów oraz pisanie dziennika.

Dzień rozlazły.
Zachęceni ceną jednego dolara za grę idziemy grać w kręgle, na miejscu okazuje się, że gra w istocie jest za dolca, ale do tego trzeba jeszcze dokupić skarpetki i za jeszcze kilka dodatkowych wypożyczyć buty. Młodzi się decydują, ja natomiast rozmawiam sobie z gostkiem z obsługi. Jego rodzice, Polak i Ukrainka uciekli z Kresów jak zaczęła się rewolucja. Zna zaledwie klika słów po polsku, rodzice bowiem zabraniali mu mówienia w naszym języku - miał szybko stać się Anglosasem, podobnie jak koreański mały Brian Lee w Australii. W Ameryce jest dziś 10% bezrobocie. Gdy pytam co jest do zwiedzenia w Mesquito odpowiada, że nic. To miasto emerytów uprawiajacych hazard. Przyjeżdżają tu w zimie by się wygrzać, they gamble and eat i nic więcej.

W okolicach południa ruszamy do Rachel - głównego centrum ufologicznego - 90 osobowej osady położonej gdzieś daleko na pustyni. Jedziemy długo by w końcu zjeść obiad w barze naszpikowanym kiczowatymi pamiątkami ufologicznymi. Potem znów przejeżdżamy kilkadziesiąt mil by zawrócić przy tablicy informującej, że dalej jest strefa wojskowa i można zostać zastrzelonym bez ostrzeżenia. Ponoć podjechanie do niej to jest wielkie cóś, dla mnie jednak to czysta strata czasu i benzyny.

Cały dzień spędzamy w samochodzie miotając się po pustyni. Wieczorem zjeżdżamy do Vegas, robimy zakupy w markecie i oddajemy samochód. W zasadzie odstawiamy go na parking, a kluczyki wrzucamy do skrzynki pocztowej.

 

Freedom Fest dzień 1

Dień pierwszy konferencji. Wszystko ma zacząć się w okolicach godziny 1400.
Rano dzień leniwy, wszyscy długo śpią. Przy prasowaniu koszuli dochodzę do wniosku, że amerykańskie kontakty elektryczne są lepiej przemyślane niż nasze. Po pierwsze wtyczka łatwiej opuszcza kontakt, czyli przypadkowe pociągnięcie za kabel skutkuje rozłączeniem, a nie wyrwaniem kontaktu lub jego urwaniem. Po drugie Amerykanie w łatwy sposób załatwili kwestię dostarczania fazy do konkretnej nitki kabla. Jeśli jeden z płatków wtyczki jest nieco szerszy to można ją wetknąć tylko w jednym położeniu. Świetny przykład rozwiązań systemowych gdy nie trzeba myśleć i niczego pilnować - to sam system załatwia za nas pewne sprawy.

Rejestrujemy się i idziemy na pierwsze wykłady. Uczestników jest około 2000, co na 250 mln Amerykanów daje podobny wynik, jak w Polsce - ludzi myślących w kategoriach wolnościowych jest nikły procent. Jednak oni nad nami górują tym, że mają kilka wtyczek w mediach, ot choćby w postaci Stosella. Poza tym każdy z tych ludzi zapłacił po 500 US$ za wejście, podczas gdy u nas mało kto chce zapłacić nawet 170 PLN. Odnoszę jednak wrażenie, że i tu mamy do czynienia z przekonywaniem już przekonanych.

W torbie dostajemy materiały konferencyjne. Ich najważniejszym elementem jest pokaźny, 84 stronicowy, zeszyt formatu A4 - Program Guide, który zawiera:

  1. szczegółowy program konferencji + kieszonkowy program skrócony
  2. program towarzyszącego imprezie festiwalu filmowego
  3. sylwetki kluczowych uczestników
  4. sylwetki pozostałych prezenterów
  5. sponsorzy w kolejności od najwięcej dających
  6. schematy pomieszczeń
  7. wyrazy uznania
Guide jest świetnie opracowany, może służyć za wzór. W każdym razie my korzystamy z niego co chwila, a to by zobaczyć na co zaraz iść albo dowiedzieć się kim jest zacz ten/ta, co właśnie mówi.

Po pierwszym wykładzie Mark'a Scousen'a jakiś łysy gostek pyta zebranych, skoro my to wszystko wiemy i rozumiemy mechanizmy gospodarcze to co zrobić, by wiedział o tym również każdy przeciętny amerykański Joe. Podchodzę do niego i po chwili zaczynamy rozmawiać po rosyjsku…

Temat przewodni porusza Mark Scousen: "Czy Ameryka padnie jak Rzym?" (Are we Rome?). Podobieństw jest wiele, ale oczywiście są też i różnice. Amerykanie są mobilni, mają internet, tworzą się różnego rodzaju grupy: przetrwania, działania, wpływu. Co do podobieństw to:

  1. pieniądz psuty jest na potęgę. W Rzymie doszło nawet do tego, że srebrne monety "państwowe" wcale nie zawierały srebra i (sic!) administracja "państwowa" nie chciała przyjmować zobowiązań podatkowych w przez siebie emitowanych "pieniądzach"
  2. Państwo oferuje coraz więcej darmowych usługi i produktów,
  3. Upada oświata (trzymaj ludzi w głupocie i ciemnocie, ale generalnie z powodu "opieki państwowej" ludzie sami nie pchają się do wiedzy ani, tym bardziej, do zrozumienia mechanizmów społecznych)
  4. igrzyska oferowane plebsowi (dziś przez media) stają się coraz bardziej ekscytujące

Dzień kończy się inscenizacją, otoczony pretorianami przemawia jakiś rzymski cesarz, przestrzegając obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Później, w kuluarach, można sobie zrobić zdjęcie z nim i jego świtą.

Moi są bezkrytycznymi amerykanofilami - prawie wszystko im się tu bezrefleksyjnie podoba. Monika dała dziś w tym względzie niezły popis: Tu smakuje nawet ciepłe piwo, nie tak jak u nas. Świetny przykład syndromu Pana Johna.

 

Freedom Fest dzień 2

Całe to Las Vegas to taki wielki mac donald tylko bigmacami są pokoje hotelowe, maszyny i stoliki do hazardu. Rano spadł rzęsisty deszcz, wieczorem też padało. Ponoć rocznie spada tu tylko 9 litrów deszczu na metr kwadratowy. Dziś zatem niebo wypłakało chyba 20% rocznej normy.

Zaczynam wynotowywać myśli, które padają z mównicy:

  • Gdy przed laty ojciec jednego z prelegentów starał się w ambasadzie o wizę, amerykański konsul zapytał go: "dlaczego wy Hindusi tak się pchacie do USA?". Ojciec odparł: "Dlatego, że chcę żyć w kraju gdzie biedni są otyli".
  • Free markets are moral, the great governments are not.
  • Steve Forbes: Free market does not allocate resources, it creates resources. (Wolny rynek nie rozdziela zasobów, on je wytwarza)
  • Przykład interwencjonizmu państwowego: gdyby gdy tylko pojawiły się telefony komórkowe rząd postanowił zainterweniować tak by każdy stał się posiadaczem takowego, do dziś nosilibyśmy czterokilogramowe pudełka o marnym zasięgu i ładowali je co dwie godziny. A taki Steve Jobs i jemu podobni, bez żadnej zachęty ze strony rządów spowodowali, że telefony są tak małe, że nawet trudno jest wystukać na nich numer abonenta.
  • Wolność polega na uczeniu się na błędach.
  • W zeszłym roku w Japonii sprzedano więcej pampersów dla dorosłych niż dla dzieci.
  • Lawrence W. Reed: we have to have more people with character.
  • 2/3 francuskiej populacji w wieku produkcyjnym pracuje na stanowiskach państwowych.
  • Jefferson: Oświećcie ludzi, a tyranie znikną.
  • Margaret Thatcher: You first win the ideas, than you win the elections.
  • Idee szerzy się przez: media, przemysł rozrywkowy, oświatę i wychowanie oraz kanały wpływu.
  • Musimy zdać sobie sprawę, że musimy wygrać walkę o kulturę.
  • W ciągu ostatnich 4 lat straciliśmy w USA więcej wolności niż w ciągu 40 poprzednich.
Zauważam, że wszyscy bardzo pilnują dyscypliny czasowej. Jeden z mówców przeciągnął o 1 minutę i już zaczął przepraszać. Wszyscy świetnie mówią i świetnie prezentują, aczkolwiek mało kto posiłkuję się slajdami (może tylko 20% mówców i to tych z mniejszych sal). Większość z nich wie co to znaczy być showmanem. Zauważamy też, że gwiazdy (nawet te fromatu światowego) w prywatnych rozmowach się nie wywyższają.

Zaraz po obiedzie Art Lafer prowadzi wykład "Podatki, inflacja, wydatki, regulacje - czterech jeźdźców apokalipsy". Nic dodać nic ująć, problem tylko w tym, że do takich oczywistości dochodzimy na konferencji naukowej wśród up czterdziestolatków, a powinni o tym wiedzieć wszyscy. Wykładać się to powinno na WOS'ie już w gimnazjum. Przy czym, czy jakikolwiek rząd zdecyduje się, by uczyć o tym, że to co właśnie robi jest dobre dla niego, a złe dla społeczności? Lafer podaje przykład: W Kalifornii nauczyciele są najlepiej opłacani ze wszystkich nauczycieli w Stanach, a poziom wykształcenia - najniższy. Na koniec Lafer wymienia cztery czynniki rozwoju gospodarczego:

  1. Low rate, flat taxes
  2. Governmental spending restraint
  3. No inflation (sound money - pieniądz oparty na parytecie złota)
  4. Free trade (nieskrępowana wymiana handlowa)
  5. Minimal regulations

Po południu rozlatujemy się do różnych sal. W porywach prowadzonych jest nawet do 9 wykładów równolegle. Po kilku minutach wahania pomiędzy panelem "How to shake up the education establishment", a wykładem Floyd'a Brown'a "How to blog for influence and income" wybieram wykład. Będzie więcej konkretów, a mniej paplania. Czasu było mało, Floyd mówił zatem dość szybko, ale prezentację udostępnił:

Blogging for influence and income from floydb310

Najpierw padają linki do bardzo użytecznych narzędzi do blogowania, potem kilka prostych (jak to w Ameryce) rad:

  • Twojemu blogowi musi przyświecać "Clear simple idea of what you want acomplish" - Bądź specem w konkretnej niszy.
  • Dokładnie określ target czyli do kogo piszesz.
  • Kluczem do sukcesu jest oryginalna zawartość.
  • Newsletter
  • Be funny, brief, unique

Do końca dnia zmieniam jeszcze kilka sal, ale dużo już nie wynotowuję:

  • "państwo" to zbiór uzależnionych
  • Potęg i imperiów było już wiele: Egipt, Asyria, Grecja, Rzym, Wielka Brytania… I tak przyszło mi na myśl, że i Polska była kiedyś potęgą, a tuż przed jej colapsem mówiło się "Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa"
Na ostatnim wykładzie, z którego nie wynotowałem nic. Zaskoczył mnie jednak licho ubrany gostek z publiki, który na marginesie dyskusji o wpływie religii powiedział, że są dwie drogi popularyzacji idei: albo idea przyczynia się do sukcesu, albo do wzrostu dzietności. A dalej już sukces lub dzieci zwrotnie promują ideę. Celne ujęcie autodynamizu idei, nieprawdaż?

 

Freedom Fest dzień 3

Zauważyłem, że konferencja jest na tyle wciągająca, że siedzę na niej całymi dniami, olewając zupełnie bazarowe Vegas.

Dzień na sali głównej zaczyna dziadek, tematem prezentacji dla 2000 osób jest "Health hazard: Why the government, Science and Big Pharma Won't tell You the Whole Truth?". Jasne, bo mają w tym jakiś swój interes. W pewnym momencie dziadek mówi, że w szkołach nic nie mówi się na temat zdrowego żywienia. I od razu sobie myślę, czego to jeszcze w szkołach się nie uczy, a co jest kluczową wiedzą życiową. I od razu mam pomysł, by napisać książkę, i zaraz kolejny, by napisać ją z Kenem od razu po angielsku…

Sporo dziś ciekawych prezentacji, czasem trudno wybrać. Ale jeden z tytułów mocno zaciekawia:

"Smart Data: Obama's Permanent Campaign Machine and How We Can Fight Back"
Choć mówią trudnym, mocno z amerykańska akcentowanym angielskim, udaje się wyłapać główne myśli:

  • Sztab Obamy ma dużą grupę (z tego co pamiętam to około setki ludzi, ale głowy za to nie daję), której zadaniem jest analiza i proponowanie działań mających podnieść jego notowania.
  • Codziennie ekipa ta przeprowadza sondaże na wybrane tematy i na ich podstawie tworzy nie tylko ich stan obecny reakcji społecznych ale również i ich trendy.
  • 90% amerykańskich fejsbookowców jest "friendem" kogoś kto "lubi" Obamę.
  • Obamiści testują swoje koncepcje polityczne na grupach kontrolnych tak, jak robi się to z lekami. Przeprowadzają sondaże kontrolne: co zrobiłbyś w takiej to, a takiej sytuacji i do wyboru jest kilka odpowiedzi. Tak jak już pisałem, badają stan obecny i trend. Po czym przygotowują prezydentowi dokładny schemat tego, jak ma zadecydować i co ma mówić by daną decyzję (sondażowo sprawdzoną, że jest to na przykład decyzja większości) medialnie poprawnie uzasadnić.
  • Obamiści stale pracują nad zdecentralizowanym narzędziem wpływu (czyli czymś innym niż był na przykład scentralizowany system PRL'u pod wodzą organu zwanego Radiokomitetem).
  • Przeprowadzili badania i okazało się, że kontakt bezpośredni jest najlepszy i najtańszy do zdobywania dodatkowych głosów (np. ludzi niezdecydowanych). W tym zakresie jest lepszy i tańszy nawet od spotów telewizyjnych.
    Wyszło im też, że koszt uzyskania dodatkowego głosu przez:
    • kontakt osobisty wynosi 4US$
    • telefon 14 US$
    • mailing 50 US$
  • Akcje przez osobiste kontakty odbywają się przez kilka rozmów bezpośrednich, które układają się w następujący scenariusz:
    • Najpierw nawiązanie kontaktu (np. w sklepie, u fryzjera, z polecenia sąsiada) i zdobycie maila bądź adresu (w małych społecznościach nie jest to większy problem)
    • Gdy mają namiary wysyłają maila z informacją, że jakieś głosowanie będzie się odbywało wtedy to i wtedy, z apelem "vote". (Tylko zagłosuj, jeszcze nic nie mówią na kogo lub na co)
    • Potem jest rozmowa bezpośrednia i tu rozmówca pyta ciebie o twoje problemy, że chce ci pomóc, oraz o sąsiadów (zbiera informacje o innych, do których uderzy, mówiąc im, że to ty go o to prosiłeś). Przy okazji w trakcie rozmowy wtrąca, że wie kiedy (nie "jak" - do tego jak na razie nie mają dostępu) głosowałeś. Robi to po to byś zdał sobie sprawę, że jesteś pod obserwacją. Co ciekawsze, ludzie podświadomie odbierają to, jako że twój rozmówca i ci co za nim stoją (którzy w teorii deklarują, że chcą ci pomóc) wiedzą jak głosowałeś.
    • Jeśli na taką rozmowę agent udaje się po raz pierwszy często powołuje się na sąsiada: "Wiesz to twój przyjaciel Jack, prosił mnie bym do ciebie wpadł i pogadał (np. o twoich problemach)". To też czysty sygnał - rozmawiają o mnie z innymi.
    • Kolejna rozmowa to już zachęta do głosowania, przy czym nie wprost, a poprzez konformizm. "Patrz tak głosowali twoi sąsiedzi" albo "Patrz tak będą głosowali twoi sąsiedzi".
    • Techniki rozmowy przypominają te stosowane przez Świadków Jehowy. Często odbywa się obiecankowo-cacankowy handel: "Damy ci coś (nic nie warty gadżet lub ewentualna przyszła pomoc), ale opowiedz nam coś o swoich sąsiadach". Czyli perkal i paciorki za konkretną informację.
    • Obamiści walczą o głosy najszybciej rosnącej latynoskiej społeczności w USA i już zdobyli ich 70% głosów.
    • Poszukują głosów wśród naturalnych roszczeniowców - imigrantów, osób starszych i młodzieży.
Mi się jednak wydaje, że walka z tym jest beznadziejna. Naturalna dążność systemów ku socjalizmowi jest niestety nieubłagana. Taker'sów jest niestety o wiele więcej, i wolnościowcom pozostaje zatem tylko patrzenie z boku na to, jak ci bolszewicy (z ros. będący w większości) niszczą Maker'sów czyli de facto ekonomiczny rozwój kraju.

Tak na prawdę wiedza o tym "na czym to wszystko polega" dociera do zaledwie garstki populacji i dopiero w późnym wieku, gdy dana osoba zgromadzi już odpowiedni bagaż doświadczeń. Ot choćby tak jak tu na tej konferencji - uczestnikami byli głównie ludzie starsi.

"How to change the World through Social Media"
Sporo gadania o tym jak to ludzie zaczynają czerpać wiedzę z portali społecznościowych. Obserwuje się odwrót od gazet, radia i telewizji. "Ludzie wierzą friends'om i zaczynają nie zwracać uwagi na kampanie medialne i telewizyjne gadanie". Dlatego też wolnościowcy powołali organizację pozarządową www.freedomworks.org, która zajmuje się aktywnością przez właśnie portale społecznościowe.

Debate: "The origin and Evolution of Life: Is Galapagos a Detour?
Michael Shremer - Editor in Chief "Sceptic"
Michael Denton - Author "Evolution, a theory in crisis"

Na tej prezentacji nie mogło mnie nie być, ale o dziwo nie zrobiłem z niej żadnej notatki. Wynika to z tego, że dyskusja była jałowa - typowa dla dyskusji ewolucjonisty (Shremer) z kreacjonistą (Denton - doktor nauk biologicznych). Te same jałowe argumenty odnoszące się jeszcze do Darwina, nic nowego. Taka obserwacja jak dwóch przedszkolaków dokładnie nie wiedzących o co chodzi kłóci się o rachunek różniczkowy. Gdyby w szkołach uczono mojej definicji ewolucji biologicznej zapewne dyskusji by nie było albo byłaby zupełnie inna. No cóż czym innym jest odkrycie, a czym innym spopularyzowanie.

Debate: "Did Christianity cause the fall of Rome?"
Harry Veryser - Professor, University of Detroit-Mercy
Dough Casey - Author, publisher and proffesional investor

Dyskusja agresywnego przygłupa (Casey) i wycofanym myślicielem (Veryser). Pierwszy nie uważa by chrześcijaństwo, określane przez niego jako "dum desert born thoughts" miało jakikolwiek wpływ na losy Rzymu w tym w jakikolwiek sposób przyczyniło się do jego upadku. Poniekąd można się zgodzić, że chrześcijaństwo było skutkiem zapaści polityczno-gospodarczej Rzymu, a nie jego przyczyną. Jego atak na wszelkie religie był pełen chwytliwych frazesów co wywoływało aplauz widowni. Stonowany i wyważony intelektualista (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) był niejako w opozycji. Jego mądre, ale niestety wymagające zaangażowania intelektu, argumenty przegrywały z ironicznymi sloganami głupka. No cóż to chyba taka fizyka dyskusji.

Tym niemniej później w krótkiej rozmowie z Veryser'em dowiedziałem się o ciekawej książce: "The Victory of Reason: How Christianity Led to Freedom, Capitalism, and Western Success" Rodney'a Stark'a.

"Greek and Roman Mythology in 50 Minutes"
Jo Ann Skousen - żona głównego organizatora.

No cóż na to musiałem pójść z dwóch powodów: raz bo lubię mity Greckie, dwa by zobaczyć jak prezentuje żona organizatora - czy nie nadużywa swojej pozycji.

Nieco nadużywała, była nazbyt wyluzowana i cała w skowronkach, sama tematyka jakby z liceum (jest zresztą nauczycielką właśnie w liceum), ale padło kilka perełek:

  • myth express some importamt value or belief for society - jasne, to projekty memetyczne przyczyniające się do rozwoju społeczeństw.
  • Rzymianie pokonali Greków militarnie, ale to Grecy przekazali zwycięzcom swoją kuturę - jasne, Z mongołami i Chińczykami było dokładnie tak samo - fizyka podboju cywilizacji przez barbarzyńców.
  • I historyjka osobista. Otóż Jo Ann opowiedziała jak to poznała swego męża. Zwrócił na nią uwagę mówiąc: "Jak taka piękna dziewczyna może być tak głupia?", na co ona mu odpowiedziała: "Jestem wystarczająco piękna byś chciał mnie poślubić, i na tyle głupia, że chcę wyjść za ciebie.". No i tak już sobie żyją ze sobą od kilkudziesięciu lat.

 

Freedom Fest dzień 4

Budzę się około 530. Mała budziła się i nas wszystkich kilkukrotnie w nocy, widać śniły się jej jakieś horrory.

Wylecę dziś o 1310 by jutro po 22 godzinach lotu wylądować w Warszawie o godzinie 1715.

Z Dallas czeka mnie 9 godzin lotu. Jestem pełen obaw, bo z Las Vegas leciałem tu w towarzystwie dwójki niesympatycznych sąsiadów. Jednak siadam przy oknie, a po lewej mam sympatycznego 40 letniego Amerykanina, który na oko musi być wojskowym. W zasadzie nie na oko lecz na ucho - świadczyło o tym jego krótko rzucone "Yes sir". Trzecim od korytarza jest sympatyczny staruszek o proweniencji red necka. Da się lecieć.

W połowie lotu wstaję, idę do kibla i przez godzinę stoję dając odpocząć nogom przykurczonym siedzeniem. Jak mówi moja agentka od biletów lotniczych "tym czym latasz to nie economy class, lecz chicken class".

Jeszcze pełny wrażeń robię sobie "tu du listę":

  • Hanaj: książka i próba zorganizowania prelekcji
  • Ken - prelekcja najlepiej w lutym
  • Profesor - rozgarnięty, może zaprosić
  • Sceptic

Lądowanie w Londynie - i znów jestem pełen obaw, bo ostatnio mój samolot z Londynu do Warszawy odwołano i musiałem dodatkowo czekać. Tym razem jednak wszystko idzie według planu. Jeszcze tylko konsumpcja paskudnego i na dodatek zimnego naleśnika made by British Airways i lądowanie na Okęciu… w domu… Jutro nareszcie do pracy :)

 

FreedomFest - posłowie

Detroit ogłosiło upadłość. To największe bankructwo w historii USA.
[Oryginalny artykuł]

Na ręce gubernatora stanu Michigan Ricka Snydera wniosek o upadłość złożył szef zarządzania kryzysowego Kevyn Orr. W opinii Snydera, z trudnej sytuacji finansowej miasta nie było już innego wyjścia. - Realia fiskalne Detroit były ignorowane przez zbyt długi czas - powiedział gubernator podczas konferencji prasowej.

Największe miasto stanu Michigan od dawna borykało się z finansowymi problemami. Sytuacja była już na tyle zła, że władze miejskie poszukiwały oszczędności w każdym możliwym obszarze. Na ulicach miasta nie były wymienianie przepalone żarówki, często bywało również tak, że policjanci nie odbierali telefonów z wezwaniami.

Dawny symbol przemysłowej potęgi USA na skraju bankructwa stanął już kilka miesięcy temu. Walką z deficytem finansowym i zbijaniem zadłużenia miał się wtedy zająć świeżo mianowany szef zarządzania kryzysowego Kevyn Orr. - Miasto nie jest skazane na bankructwo - uspokajał zaraz po przejęciu urzędu. Komisaryczny zarządca wcześniej wyprowadził już z kryzysu finansowego koncern motoryzacyjny Chrysler. Tym razem Afroamerykanin nie odniósł jednak sukcesu.

W czasach świetności Detroit było prosperującym centrum amerykańskiej motoryzacji oraz ośrodkiem kultury i muzyki. W mieście mieszkało milion 800 tysięcy osób. Migracji białych Amerykanów na przedmieścia oraz kolejne kryzysy przemysłu samochodowego przyczyniły się jednak do upadku metropolii.

Obecnie Detroit liczy około 700 tysięcy mieszkańców. Według oficjalnych danych, co piąty nie ma pracy. Na jednego zatrudnionego w Detroit przypada prawie dwóch emerytów. Wiele dzielnic jest zrujnowanych, powszechne jest także zjawisko korupcji.

~Stanislaw : Do starszych tutaj przedatwicieli Polonii pamietacie to miasto z lat 80-tych??? Preznie sie rozwijajace mase milionerow mase fabryk firm miedzynarodowych korporacji, mowiono ze to bedzie drugi NYC, juz Chicago i LA zaczelo sie chowac przy nim. Problemem byl akorupcja mera ktorego nazwiska zapomnialem lapowki i ucieczka inwestorow. Obecnie sa tam tysiace ogromnych hal produkcyjnych czy siedzib firm opustoszlaych wierzowce sypiace sie , pozamykane bylem i mam porownanie do tego co bylo kiedys gdzie przestepczosc byla nizsza niz w NYC mozna bylo wszedzi zawedrowac, a dzisiaj mieszkanie jak wrocisz z pracy moze zostac ograbione i nic nie znajdziesz oczywiscie jak masz prace bo 1/3 miasta nie pracuje a zarobki marne. Niebezpiecznie nawet w centrum. Porownujac to miasto opustoszale tzw. miasto duchow dzisiaj do tego co bylo to doslownie dno ni ema nawet porownania inne miasto calkowicie. Straszne co sie tam stalo. Sa tam miejsca podobnie jak w Nowym Orleania gdzie jest jak w latach 80-tych w NYC policja nie przejezdza za czesto obawiajac sie nie zostac zstrzelonym.

~Black disaster : Demokraci na sile asymiluja czarnyvh z bialymi I takie sa efekty ze million bialych ucieklo z miasta niech Dalej daja im zapomogi I karty zywnosciowe dzieki ktorym opychaja sie w McDonaldach I chodza takie beczki snujac sie calymi dniami z sluchawka przy uchu, rajstopy na glowach jezdza cadilacami za $50000 oczywiscie kupione z narkotykow Bo to przeciez do normalnej roboty nie pojdzie po co jak miasto wybuduje im mieszkania za darmo ktore darmozjady spala w 2 lata malo tego ostatnio demokraci stwierdzili ze kartki zywnosciowe trzeba podniesc zeby wiecej owocow mogli kupowac bo rzekomo brakuje im witamin a normalnym pracujacym ludziom podniesc Podatki 3 raz w ciagu roku Bo trzeba cholote nakarmic Bo jak nie to wyjda na ulice I beda grabic ciekawe dlaczego tam gdzie rzadza republikanie jest czysto nie ma dziurawych ulic sa bezplatne autostrady a benzyna nie kosztuje 4.50 tylko 3.20 I nie ma obibusow Bo nie ma ich tam gdzie trzeba robic. Jak czarny ukradnie I pojdzie do wiezienia to czarny pastor nie powie ze zle zrobill tylko powie ze to to wina bialych rasistow, a kiedy kolega staral sie o miastowa prace na kierowce autobisu lub na poczcie powiedzieli ze bialych nie przyjmuja, a ja glupi kupil Dom za 200 000 drugie tyle w remont wlozyl a ONI ich tu nawiezli Bo papa Obama stwierdzil ze trzeba asymilizowac do cholery gdybym chcial mieszkac na murzynowie to nie zmarnowalbym 400 000 na Dom tylko kupulbym na murzynowie za 50000. Juz karetki I policja jezdzi co 5 minut kiedys slyszalem je moze raz na tydzien kolejny polak zamknal biznes coraz wiecej Okien zabitych deskami ja juz tego nie znise papa Obama nas zalatwil pozostalo mi podzielic Los czeska z grajewa zegnam.

~litwin : Co w tym dziwnego ? 85% mieszkancow to niby afroamerykanie , po prostu murzyni . Mieszkania za darmo food stemps (kartki zywnosciowe) za darmo, leczenie za darmo , to kto ma pracowac na takich darmozjadow i bandziorow oczywiscie . Bardzo dobrze niech zrobia pierwsze getto dla czarnych .Od pokolen !! nie skalali sie rzadna praca !! to jest normalne ?

~Andrzej : Dzisiaj Detroid jotro Chicago.Ktos powiedzial ze to wina kapitalizmu..Kapitalizm w Ameryce skonczyl sie wlatach osiemdziesiatych gdy liberalowie zaczeli wprowadzac w zycie swoje pomysly ,podnoszac podatki ktore rojnowaly male biznesy, prezydent Clinton dogadal sie z Chinami w sprawie przeniesienia wielkich korporacji do chin..PR Bush rozpetal wojne z Arabami ktora kosztowala miliardy.Do wladzy doszli demokraci (liberalowie) ,ludzie mieli nadzieje ze cos sie zmieni niestety ,podatki w gore nie liczac sie z tym ze ludzie nie maja pracy.Tosamo dzieje sie wEuropie gdzie tak jak Ameryce do koryta dorwali sie liberalowie dla ktorych jesli cos sie liczy to tylko malzenstwa homoseksualne I inne dewiacje.Zmienic ta sytuacje moze tylko szturm na Bastylie

~tytka do ~Stanislaw: Nazwisko burmistrza to Kwame Kilpatrick. Czarni mieszkańcy Detroit byli dumni, że był najmłodszym merem w USA i do tego czarnym. Pokazał na co go stać. Zrujnował miasto…

~aleheca : a gdzie są profesorowie ekonomii?kolosy kapitalizmu przypominające rozmachem budowle komunizmu też padają. ciekawe ile jest urzędników,adwokatów,policjantów,strażników na etatach nie mówiąc o administracji i to po prawie . taki nic nie umie tylko gada pięknie ,jak wyuczony kleryk z retoryki a bierze ogromne pieniądze. tak będzie w całej ameryce ,chyba ,że upatrzy sobie wroga i wojna odwróci problemy społeczne gospodarcze gnębiące ten już zmilitaryzowany kraj.

~Franklin USA : Benjamin Franklin (1706 – 1790), jeden z “Ojców Założycieli” Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, współautor amerykańskiej Deklaracji Niepodległości oraz konstytucji. Dążył do zniesienia niewolnictwa, wynalazł piorunochron, fotel bujany i okulary dwuogniskowe. Jako pierwszy pisał także o potrzebie stosowania czasu letniego.
W Paryżu na popiersiu Franklina widnieje napis: eripuit coelo fulmen, mox sceptra tyrannis (“grom wydarł niebu a berła tyranom”) a na banknocie $100 jego podobizna.

Wiele jego sformułowań i myśli cytuje się do dzisiaj, np.:

  • Demokracja jest wtedy, kiedy dwa wilki i owca głosują, co zjedzą na obiad.
  • Wolność jest wtedy, kiedy dobrze uzbrojona owca podważa wynik głosowania!
  • Nędza łamie ludzkie charaktery – nie sposób sprawić by pusty worek stał prosto.
  • Kto żyje nadzieją, umrze głodny.
  • Człowiek mądry więcej uczy się od swoich wrogów, niż głupiec od przyjaciół.
  • Wszyscy ludzie rodzą się równi i całe życie walczą przeciwko temu.
Benjamin Franklin pozostawił również po sobie bardzo ważny dokument, wstydliwie skrywany w Benjamin Franklin Institute w Filadelfii, którego treść dla diaspory żydowskiej była istnym trzęsieniem ziemi, zwłaszcza tak obiecującej jak ta amerykańska. Ów dokument to proroctwo męża stanu, jednego z twórców niepodległości USA.

A oto jego treść:
Istnieje poważne zagrożenie dla USA. Tym zagrożeniem jest Żyd, gdyż w każdym kraju, gdzie Żydzi się osiedlili, doprowadzili do obniżenia poziomu moralności i handlowej uczciwości. Trzymają się na uboczu, nieprzystosowani. Próbują zniszczyć inne narody od strony finansowej, jak to było w przypadku Hiszpanii i Portugalii.

Przez ponad 1700 lat uskarżali się na swój nieszczęsny los, mianowicie na to, że zostali wygnani ze swej ziemi, ale, proszę panów, gdyby cywilizowany świat oddał im dzisiaj z powrotem Palestynę, to natychmiast znaleźliby powód, żeby tam nie powrócić. Dlaczego? Ponieważ są wampirami, żyją z innych wampirów. Nie potrafią sami siebie utrzymać: muszą żyć z chrześcijan lub z innych ludzi, którzy nie przynależą do ich rasy.

Jeżeli nie zostaną wyrzuceni ze Stanów Zjednoczonych na mocy konstytucji na okres co najmniej stu lat, to jeszcze napłyną do naszego kraju w takiej liczbie, ze zaczną tu rządzie i zniszczą nas przez zmianę formy naszego rządu za którą my Amerykanie przelewaliśmy krew i poświęcaliśmy nasze życie, dobytek i wolność osobistą. Jeżeli Żydzi nie zostaną wykluczeni z USA, to w ciągu dwustu lat nasze dzieci będą pracować w polu, aby ich wyżywić, podczas gdy oni będą z zadowoleniem zacierać ręce w swoich bankach.

Ostrzegam was ponownie, jeśli nie wykluczycie [stąd] Żydów na zawsze, wasze dzieci i dzieci waszych dzieci będą was przeklinać w swoich pacierzach.

Ideały Żydów nie są ideałami Amerykanów, i chociaż żyją oni wśród nas od pokoleń, ten lampart nie jest w stanie zmienić swojej skóry. Oni zagrażają naszym instytucjom, zatem powinni zostać wykluczeni stąd przez konstytucję.

Benjamin Franklin, Stany Zjednoczone Ameryki, 1789 r.

~kosa : "Obecnie Detroit liczy około 700 tysięcy mieszkańców. Według oficjalnych danych, co piąty nie ma pracy. Na jednego zatrudnionego w Detroit przypada prawie dwóch emerytów. Wiele dzielnic jest zrujnowanych, powszechne jest także zjawisko korupcji. "
Ten opis pasuje do Polski jak ulał.
Kiedy bankructwo, pytam.

A wam wmawiają zieloną wyspę.

~dyzma : Przemija chwała USA! Jak niegdyś Imperium Rzymskiego…

 

Kontakty

Jim Powell powellj@optonline.net cato.org Sympatyczny, gdy podeszliśmy do stolika, przy którym jadł śniadanie i gadał z innymi zaakceptował nas bez problemu. Potem sam jako pierwszy cześciował. Wykładowca, pisarz.
Mark Skousen www.freedomfest.com mskousen@freedomfest.com Organizator całości
Mark R. Mitchell, MD markmitchell@libertylion.ch libertlion.ch Facet prowadzi portal internetowy mający na celu dążenie do wolności i edukowanie o niej
Beth Terry beth@bethterry.com bethterry.com Professional speaker & Author Zaczepiła mnie przez sudoku
Ken Schoolland ken.schoolland@gmail.com International Society for Individual Liberty, Inc. Stary znajomy
Terry L. Brock terry@terrybrock.com www.terrybrock.com Łysy, pytał jak przełożyć wiedzę na edukację społeczną. Sympatyczny
Ivan Sadouski www.primus.by liberty-belarus.info/ Wiceprezydent Instytutu Misesa
Jeffrey M. Stein www.gryphoneditions.com jstein@gryphoneditions.com Gryphon Editions Wydaje serię Naukowców i wolnomyślicieli. Wspomniał, że może wydać "Fizykę Życia". Rozmawiałem z nim o wrzuceniu ulotki do jego subskrybcji (ma ponoć ok. 1000 subskrybentów)
Melissa Palmer melissa.palmer@reason.org Director of development reason.org reason com reason.tv Wydają czasopismo "Reason"
Michael Shremer www.skeptic.com/
mshermer@skeptic.com
www.michaelshermer.com
Editor in Chief "Sceptic" Rozmawiałem z nim w przelocie, ale pomyliłem go z "Reasonami"
Floyd Brown Autor bloga www.westernjournalism.com/ Wielkie chłopisko
Grzegorz Chmaj grzesiek@chmaj.net Pracuje na Uniwerku w Las Vegas