Kto się boi walut narodowych?
[...] Odkąd (po umowie waszyngtońskiej z 1971 roku) dolar stał się pustą walutą (niewymienną na parytet złota), także euro, monopolistyczną walutę wielu krajów UE, ustawiono decyzjami politycznymi jako pieniądz pusty. Emisja takiego pustego pieniądza zależy już tylko od widzimisię polityków, a dokładniej: od interesów rządzącej biurokracji i zblatowanej z nią części przedsiębiorców-kolesiów. Tak interwencjonizm państwowy spotyka się z kapitalizmem kompradorskim. Podają sobie ręce w cichej zmowie, w złodziejskiej wspólnocie interesów.
Bo nieskrępowana już odtąd żadnymi obiektywizującymi parytetami złota ekspansja pustego pieniądza pełni role gigantycznego, ukrytego redystrybutora forsy, a więc bogactwa.
Ten pusty, inflacyjny pieniądz trafia najpierw do aparatu biurokratycznego, agend rządowych i rządowych „programów” oraz do zblatowanego z nim układu przedsiębiorców-kolesiów(w formie zamówień rządowych za łapówki i po protekcji). Sfera nieproduktywna, żyjąca z podatków, która, żeby zarobić, nie musi się martwic zbytem swych towarów i usług, staje się zatem pierwszym chronologicznie beneficjentem napływającego strumienia pustych pieniędzy – może za nie kupić towary, usługi, zainwestować. i to ta sfera odnosi odnosi rzeczywistą korzyść z inflacyjnego, pustego pieniądza, którego podaż określa nie rynek, a decyzje polityczne. To pierwszeństwo w czasie jest ważne: ci, którzy nie muszą sprzedać, by zarobić, futrowani są w szmal pierwsi, bo wprost z budżetu.. Co dzieje się dalej? Ano, mijają tygodnie, miesiące, teraz pieniądze od nich spływają do pozostałych obywateli, nie podwiązanych pod budżet. Ale są to już pieniądze mniej warte, bo w tzw. międzyczasie zwiększona podaż pustego pieniądza daje o sobie znać efektem inflacyjnym – ceny rosną. Ci, do których inflacyjny pieniądz spływa w dalszej kolejności, są coraz bardziej poszkodowani – nawet jeśli nominalnie zarobili trochę więcej, to wskutek wzrostu cen mogą za swe pieniądze kupić znacznie mniej. Tych pierwszych są dziesiątki, może setki tysięcy, tych drugich – dziesiątki, setki milionów..I w ten sposób socjalistyczno-socjaldemokratyczny establishment wyzuwa systematycznie z pieniędzy, więc i z własności, własne narody. To po prostu chroniczna forma zuchwałej kradzieży.
Tak z grubsza działa polityczny mechanizm okradania obywateli i wyzuwania ich z własności w skali makro wskutek całkowitego oderwania pieniądza – dolara i euro – od jakiegokolwiek obiektywnego parytetu rynkowego dobra i oparcia wielkości jego emisji wyłącznie na decyzjach politycznych.
Jak pokazał ostatni „kryzys finansowy”, mechanizm ten działa zarówno w Ameryce, jak i w Unii Europejskiej. Powoli, systematycznie wyzuwa z własności setki milionów obywateli, równie systematycznie tucząc biurokrację państwową i zblatowane z nią przedsiębiorstwa – głównie banki.
Ale w dłuższej skali działanie tego mechanizmu prowadzić musi do prawdziwego kryzysu, tj. masowego spadku konsumpcji setek milionów ludzi, rosnącego bezrobocia, nacisków na zwiększony „socjal”, a więc do ekonomicznego regresu na wielkich obszarach. Postępujące biednienie ludności rodzi niezadowolenie, co w warunkach demokratycznych przekłada się na „strach wyborczy” rządzących. Stają przed innym wyborem: albo niezadowolone społeczności odsuną ich od władzy, pozbawiając możliwości kontynuowania złodziejskiego, intratnego procederu – albo trzeba przynajmniej udawać, że „dąży się” do reform istniejącego systemu, żeby dłużej sadowić swe tyłki na miękkich fotelach władzy, konsumując konfitury i kawior. [...]